Majówka w Berlinie

Szukając miejsca gdzie można spokojnie wyskoczyć z Krakowa na weekend było wielu kandydatów. Jako, że Praga została już zaliczona, do Lwowa potrzebny jest paszport, a mnie jednak ciągnie w stronę Europy Zachodniej ostateczny wybór padł na Berlin. To idealne miejsce, gdzie stosunkowo szybko można dojechać samochodem, a ja od dłuższego czasu gdzieś wewnętrznie czułam potrzebę zobaczenia go na własne oczy. Żeby wprawić się do wycieczki postanowiłam oglądnąć film „Królik po Berlińsku”, który również był na liście „do obejrzenia”. Film stanowił alegorię dla życia ludzi Europy Wschodniej, króliki uwięzione w strefie śmierci Muru Berlińskiego czuły się jak w raju, natomiast kiedy mur został zburzony znalazły się w sytuacji zagrożenia życia. Syndrom sztokholmski w czystej postaci. W takich chwilach zawsze boleję nad brakami w swojej edukacji historycznej z zakresu czasów nowożytnych, aby zrozumieć dokładnie pewne miejsca po prostu trzeba znać ich historię i o ile Ateny i Egipt wałkowane były setki razy – kolejny raz od nowa przy rozpoczęciu nowego etapu edukacji tak historia nowożytna stanowi dla mnie kłębowisko faktów, przez które nikt mnie nie przeprowadził. Wszystko jest jakieś niewiadome, niby zasłyszane od rodziców lub pamiętane przez mgłę, jednak często brakuje kontekstu do tych właśnie wspominanych wydarzeń.

Berlin to dla mnie miasto, w którym namacalnie czuć tę nowożytną historię. Każda ulica ma coś do opowiedzenia i niekoniecznie zawsze jest to opowieść bohaterska. W budynkach, ulicach, w tym dążeniu do nowoczesności, przebudowania, rozwoju widać chęć by zapomnieć o tym co było i iść do przodu.

To miasto to także dla mnie kolory. Kolory berlińskiego muru, graffiti, różowych rurociągów, kolory puszek po piwie walających się po chodniku, kolory zieleni parków, błękitów wody, tafli szkła nowoczesnych budynków, a w końcu czerwieni, żółci i czerni flag na budynkach rządu. To pierwsza stolica, w której naprawdę czuję, że jestem w stolicy jakiegoś kraju. Dzieje się to za sprawą tych właśnie flag, zatrzęsieniu pomników, wielu głównych osi ulic, które dają wrażenie monumentalności tego miasta. Budynki rządowe zarówno te nowoczesne jak i klasycystyczne mówią: „To ja, tutaj się decyduje o waszych losach, czujcie respekt tego miejsca”. Można tu też znaleźć filie światowych koncernów jak Mercedes czy Sony, które swoją nowoczesną architekturą zapowiadają nadejście nowego i zapomnienia o starym. Polskie miasta generalnie nie są zabudowywane wieżowcami (wyjątkiem jest Warszawa i trochę Wrocław) dlatego kiedy widzę takie wysokie zawsze marzę o pracy lub mieszkaniu w Penthousie z widokiem na miasto o zachodzie słońca. Tym razem przydarzyła mi się tylko kolacja w McDonaldzie w takiej scenerii. Zawsze to jakiś początek.

Wydaje mi się, że Berlin byłby całkiem dobrym miejscem do mieszkania, poruszanie się po nim to czysta poezja z niemiecką precyzją, przystanki metra i kolejki są bardzo czytelne, oznaczenia przystanków również, komunikaty po niemiecku i angielsku prowadzą turystów za rękę przez pierwsze dni, a później czują się już jak u siebie. Uwielbiam widok z metra kiedy przejeżdża na linii dachów niższych budynków, z okien widać samolot – czyli ikonę muzeum techniki, szybkość z jaką się poruszamy i widoki – to stanowi przyszłość komunikacji.

Zwiedzając miasto warto wybrać się na co najmniej jeden punkt widokowy. W Berlinie padło na Reichstag. Przezorny turysta zarezerwuje miejsce miejsce w kolejce tu: https://www.bundestag.de/en/visittheBundestag/dome/registration-245686 i o wybranej godzinie nie będzie musiał stać w długiej kolejce, po przejściu kontroli jak na lotnisku, wyjeździe windą i pobraniu przewodnika będzie mógł cieszyć się bez przeszkód wspaniałym panoramicznym widokiem na miasto. Wszystko dzięki odbudowie, za którą odpowiedzialny jest angielski architekt Norman Foster. Postanowił on nawiązać do starej, zburzonej kopuły, nowej nadając lekkość i nowoczesny charakter. Dodatkową atrakcją jest ogromny świetlik skonstruowany w formie leja z luster, dzięki któremu oświetlona jest sala plenarna, miejsce obrad rządu.

W tym miejscu warto wspomnieć dlaczego maj jest dobrym miesiącem na odwiedzenie Berlina. Poza oczywistym aspektem dni wolnych, które można wykorzystać warto wiedzieć, że 1 maja jest również dniem wolnym w Niemczech i wraz z nadejściem ładnej pogody mieszkańcy Berlina chętniej wychodzą na ulicę i organizują uliczne imprezy podobne do naszych juwenaliów. Kompletnie nie spodziewałam się widoku tylu ludzi tańczących na ulicach i w parkach, oczywiście do muzyki techno, która w towarzystwie widoczej dobrej zabawy naprawdę dało się zaakceptować. Takie uliczne imprezy pozostaną w pewnym sensie dla mnie wizytówką Berlina. Miasta, które poza byciem stolicą, historią, jest również miastem młodości i beztroski, przesiadywania na trawie czy nad wodą, miasta tętniącego życiem i zapraszającego do siebie otwartymi ramionami.

Największym zawodem tej wycieczki co stwierdzam z żalem, było Żydowskie Muzeum w Berlinie Daniela Libeskinda. Ucząc się na studiach o tym budynku, wzrastało u mnie poczucie, że jest niemal idealny, jego symbolika, język, sprawiły, że urósł w mojej wyobraźni do rangi legendarnego. Na żywo niestety okazało się, że Muzeum położone jest z dala od centrum, kolejnym zawodem był brak jakiejkolwiek osi do niego prowadzącej, trzeba się było porządnie uszukać, żeby dostrzec go w gąszczu zieleni międzyblokowej. Materiały, z których budynek został zrobiony okazały się tanie i tandetne, a otoczenie zaniedbane, to wszystko sprawiło, że zostaliśmy skutecznie zniechęceni do zwiedzania wnętrza.

Pozytywnym zaskoczeniem natomiast okazał się Plac Poczdamski z Parasolem Sony Center, pod który wracaliśmy aż dwukrotnie, gdyż tak bardzo tętnił życiem. Był oczywistym miejscem na spędzenie wieczoru w ciekawym otoczeniu, a przy tym był niesamowitą perełką ze względu na konstrukcję i architekturę. Według mnie oddawał idealnie klimat miasta, z symbolicznie zaznaczonym dawnym przebiegiem Muru oraz budynkami z przyszłości. Zaraz obok niego znajduje się Pomnik Pomordowanych Żydów Europy oraz Tiergarten oba, chociaż o innym charakterze zdecydowanie warte zobaczenia w każdym miesiącu spędzonym w Berlinie.

Meteora

Grecja – wyspa, wyspiarze, wyspiarskie, Kreta, Zakhyntos, Santorini. A tymczasem jeśli ktoś znudzi się morzem i pięknymi plażami, na dalekiej północy Grecji za lasami i górami (dosłownie) w krainie zwanej Zagorochoria wysoko nad miastem Kalambaka wznoszą się monumentalne Meteory. W XI wieku, kilku mnichów postanowiło znaleźć sposób, aby być jak najbliżej Boga. Tak powstawały przez około cztery wieki klasztory na górach zwane „zawieszonymi w powietrzu”.

Z daleka wszystko wydaje się ogromne. Z bliska nie jest inaczej. Wyjście na górę wcale nie jest takie łatwe. Kręte ścieżki oraz setki schodów wykutych w skale i wypolerowanych przez miliardy butów turystów i pielgrzymów. Krok, krok, schód, zadyszka, zwątpienie razy dziesięć, wejście do wieży, w ciemność, oczekiwanie, korytarz robi się coraz ciaśniejszy i kiedy już nie może być gorzej – jest – góra zdobyta.

Lubię greckie klasztory. Te starsze są proste, kilka figurek, świece, ręcznie malowane pamiątki, półmrok. Kiedy oczy nie widzą wszystkiego, zaczyna widzieć dusza. Tutaj jest prościej się modlić, a kiedy zapomni się słów, można zapalić świecę, później wyjść na zewnątrz popatrzeć dookoła i zachwycić się otaczającym światem. Wystarczy. Nie ważne do kogo się modlisz, czy skąd pochodzisz. To miejsce, w którym namacalnie czuć, że faktycznie jesteś bliżej Boga, że spełni się wszystko to o co prosisz, chociaż właściwie czego chcieć więcej w takim miejscu? „Oprócz błękitnego nieba, nic mi dzisiaj nie potrzeba”.

Inspirująca. Taka dla mnie jest Grecja. Nie bez powodu to ojczyzna mitologii, opowieści o bogach i bohaterach z nadnaturalnymi umiejętnościami, darami i przygodami. Legenda głosi, że św. Atanazy, założyciel Wielkiego Meteora (Megalo Meteoro), najstarszego monastyru, wzniósł się na szczyt na skrzydłach orła. Przygody Jamesa Bonda, płyta Linkin Parku, Orle Gniazdo z „Gry o Tron” to tylko kilka wpływów jakie wywarło to niesamowite miejsce. Wszystko dookoła jest bajkowe. Mam ochotę usiąść i być – po prostu, bez kontaktu, bez niczego, jak medytujący mnich. Pozwolić sobie być bliżej nieba.

Rozmyślania przerywa mi oddech. Oddech rozchodzący się po kanionach. Słyszę go, jak snuje historie o budowie klasztorów, o wynoszeniu kamień po kamieniu budulca na samą górę. Słyszę jak opowiada o wojnach z Turcją, o drugiej wojnie światowej, kiedy Meteory były skarbcem Grecji. Teraz widzę. Potężne skały to olbrzymy drzemiące pod warstwami ziemi i roślin. Uśpieni tytani, czekają na ponowne przyjście swojej ery. Na swoich barkach trzymają budowle, jak baśniowe zamki, pełne wież, kolumienek, arkad i łuków. Strzegą ich, uśpieni rycerze, dlatego nadal tu są, dla nas, dostępne do oglądania.

Nie wszystkie miejsca są w klasztorach otwarte dla turystów – i dobrze co pozostaje nieznane stanowi słodką tajemnicę. Kobiety, nawet te w długich spodniach proszone są o przepasanie się chustą, natomiast toalety stanowią niespotykany relikt przeszłości. Współcześnie tylko sześć klasztorów jest zamieszkanych i toczy się w nich normalne życie monastyczne.
To niezwykłe połączenie cudu natury i arcydzieła architektury zostało uhonorowane miejscem na Liście Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Jest jedną z najchętniej odwiedzanych atrakcji Grecji, która przyciąga rocznie 2 mln turystów.

Santorini

Bardzo polecam podróże promem. Poczynając od możliwości zobaczenia widoku wschodu słońca na morzu, a kończąc na morskiej bryzie nieskończenie błękitnego morza, muskającej twarz kiedy wyjdzie się na rufę. Przy odrobinie romantyzmu i odpowiednim towarzystwie można zaimprowizować słynną scenę z Titanica z Kate Winslet i Leo. Jedyne czego na promach – sieciówkach nie polecam to jedzenie (moje najgorsze i najdroższe frytki w życiu). Po uroczych 7 godzinach podróży (połowa książki – oszczędzana) czas na kolejne niesamowite widoki. Ogromne zbocza, wulkaniczne brzegi, małe kolorowe miasteczka – wyspa Santorini.

Po dotarciu na brzeg zaczyna się kocioł – dosłowny. Oferty samochodów do wynajęcia, taksówek, hoteli. W jednym momencie idziesz razem z tłumem ludzi pod wielką górę, a w drugim zostajesz kompletnie sam. Nie pozostaje nic innego jak pokornie wrócić na dół i po uświadomieniu sobie, że wszystkie środki transportu publicznego uciekły z nadzieją podejść do wypożyczalni samochodowej i liczyć na litość Pana – arabo-greka który bycie handlarzem wyssał z mlekiem matki. Przy odrobinie szczęścia, dobrej woli, ogromnej dozie strachu, jest i on – Smart, który będzie naszym być albo nie być całej wycieczki.

Sama wyprawa pod górę wydaje się być wyzwaniem dla pana samochodzika, jednak po chwilowej odmowie współpracy automatycznej skrzyni biegów – dał radę – jedziemy. Hotel Manos jest stosunkowo blisko, jak się później okaże, jak wszystko tu. W recepcji wita nas przemiła starsza Greczynka oraz jej rodzina. Pan z obsługi prowadząc do pokoju pyta „Pierwszy raz? Na pewno nie ostatni.”, a ja już mam dreszcze, te miłe dreszcze – oczekiwania.

Poruszanie się panem samochodzikiem znacznie ułatwia życia, wszystko jest bliżej. Pierwsza na liście jest Fira – stolica wyspy. Po pozostawieniu pojazdu wśród kolegów przy drodze, idziemy w górę, im wyżej tym węższe uliczki. O tym czy idzie się w dobrą stronę świadczy ilość  obywateli bliskiego wschodu, kiedy wartość procentowa dobije do 95% i zaczynają robić zdjęcia jak szaleni – wiadomo, że to tu. Pierwsze wrażenie jest niezapomniane, słońce, morze, budynki na skarpie, to światło i dokładnie ten klimat sprawiają, że zapomina się o całym świecie.

Zachód słońca na Santorini to coś co zdecydowanie warto zobaczyć. Słońce o ciepłym odcieniu pada na białe ściany domów, dodatkowym bonusem jest znalezienie niebieskiego dachu, ten nierealny kolor potęguje wrażenie snu, które towarzyszy temu miejscu. My widzieliśmy dwa. I oba całkowicie się od siebie różniły. Bardziej podobał mi się ten w Firze, w najwyższym punkcie na jaki udało się wyjść. Ale to dlatego, że bardziej podobają mi się miejsca, w których jest mniej ludzi. Mówi się, że zachód na Oii jest najpiękniejszy na świecie. Mi jednak ten w stolicy bardziej zapadł w serce właśnie ze względu na jego kameralność. Było mniej ludzi, w Oii dosłownie wypadali z każdego możliwego miejsca widokowego. W Firze widziałam też go wcześniej, co sprawiło że był jeszcze bardziej wyjątkowy. Pierwszy raz zderzyłam się z wrażeniem, które towarzyszyło mi przez resztę wycieczki. Wrażeniem, że znajduję się na końcu świata, dosłownym. To jak na razie najdalsze miejsce gdzie byłam. Nic nie pojawia się na horyzoncie z żadnej strony, idealne miejsce żeby odciąć się od wszystkiego. Wyspa jest na tyle niewielka, że w najwęższym miejscu widać było z jednej i z drugiej strony wodę, niesamowite.

Santorini słynie także z plaż o niespotykanych kolorach – czerwonym, czarnym i białym, powstałych dzięki wybuchom wulkanu i osadzeniu się pyłu o konkretnej zawartości chemicznej. Kolory są nierealne. Uwielbiam każdy zakątek tej wyspy. Każdemu kto się waha, zdecydowanie polecam się tam wybrać. Idealne są wrzesień, październik, kwiecień, maj kiedy jeszcze jest ciepło, ale nie ma aż tylu turystów, ponieważ i bez nich uliczki są wąskie i podążanie ciągle za tłumem na dłuższą metę jest męczące.

Santorini to miejsce, które jest tak piękne że można po prostu siedzieć i je chłonąć. Każdy spacer dostarcza nowych widoków, wszystko jest piękne że aż trudno uwierzyć że prawdziwe. Śmiało mogę powiedzieć, że to jedno z najromantyczniejszych miejsc na ziemi. Czułam się tam jak we własnej wersji „Casablanki” Curtiza. Trudno uwierzyć jak bardzo różni się od Grecji kontynentalnej, w której przyszło mi dłużej pomieszkać. Santorini kojarzy mi się ze spokojem, pięknem, widokami jest bardziej naturalne w moim odczuciu. Na jakimś stopniu jest rajem. Prawdziwym rajem na ziemi.

Design thinking – studium przypadku – The Good Kitchen

Jesienią 2007 roku duńska agencja Hatch & Bloom została poproszona o zaprojektowanie innowacyjnego serwisu zajmującego się dostarczaniem jedzenia dla gminy Holstebro. Po sześciu intensywnych miesiącach pracy powstała firma – The Good Kitchen, zupełnie inna niż dotychczasowe serwisy świadczące takie usługi.

Dania, podobnie jak większość rozwijających się krajów boryka się ze starzejącym się społeczeństwem oraz problemami z tym związanymi. Choroby, zredukowana aktywność ruchowa, osowiałość często są przyczyną niedożywienia u starszych osób, które nie mogą, lub nie mają chęci gotować i jeść posiłków. Szacunki wskazywały, że około 60% seniorów w Danii w zakładach opieki źle się odżywiało, a 20% było niedożywionych. Wynikiem tego były dalsze problemy zdrowotne oraz niska jakość życia osób starszych, a problem wciąż się nasilał ponieważ liczba seniorów rosła i oczekiwała lepszej obsługi.  Aby przeciwdziałać postępowaniu niedożywienia wśród osób starszych duński rząd postanowił sfinansować jedzenie dla około 125 000 starszych osób. Gmina Holstebro złożyła wniosek o dofinansowanie z programu innowacji oferowanego przez Duński Urząd ds. Przedsiębiorstw i Budownictwa, który finansuje gminy oraz ułatwia partnerstwa między nimi oraz firmami projektowymi. Firma Hatch & Bloom podpisała umowę, aby przyczynić się do poprawy obsługi posiłków dla seniorów. Dyrektor innowacyjny Lotte Lyngsted Jepsen szukała rozwiązania przez następne 6 miesięcy.

Zespół Hatch & Bloom zaczął od badania zachowania, potrzeb oraz życzeń seniorów. Członkowie podróżowali z osobami dostarczającymi jedzenie starszym osobom, towarzyszyli im podczas przygotowania posiłku, dodawania składników, przygotowywania stołu oraz jedzenia. Oprócz obecnych klientów badano również osoby w wieku przedemerytalnym, jako przyszłych użytkowników. Dotychczasowy serwis posiłków nie miał świadomości jak ważne dla samych seniorów jest dobre jedzenie, jak doceniają produkty sezonowe czy odpowiednie przyprawy. Brak możliwości decyzji o tym co będą spożywać odbierał im jedną z podstawowych radości jaka im jeszcze pozostawała. Problem był też ze świadomością ludzi o tym, że dostają coś w rodzaju jałmużny, sprawiało to że czuli się jeszcze gorzej. Gdyby pomoc przychodziła od rodziny lub kogoś wynajętego przez nich byłoby to bardziej akceptowalne. Bolesne dla nich było spożywanie posiłków w samotności, ponieważ przypominało im to o rodzinie, której już nie mają, pogłębiało uczucie bólu i depresje. Taka atmosfera nie wpływała dobrze na apetyt seniorów.

Po zgromadzeniu informacji na temat użytkowników projektanci postanowili zobaczyć jak wygląda proces przygotowania posiłków w kuchni. To co zobaczyli tam uświadomiło im, że mają przed sobą kolejny problem do rozwiązania. Pracownicy kuchni kompletnie nie mięli motywacji do pracy, nie było to ich wymarzone zajęcie, było mało opłacalne oraz świadczyło o niskim statusie społecznym. Ponadto krążyły plotki o używaniu przeterminowanej żywności w kuchni, braku zdolności kulinarnych oraz wątpliwej higienie kucharzy. Po przeprowadzonych wywiadach okazało się, że pracownicy, początkowo pełni chęci nie mięli możliwości wykazania się, ponieważ co miesiąc robili dokładnie te same potrawy. Było to rozwiązanie dobre logistycznie jednak demotywujące zarówno dla kucharzy jak i niezadowalające dla klientów.

Aby rozwiązać problem zorganizowano warsztaty, na które zostali zaproszeni przedstawiciele rządu, pracownicy kuchni oraz seniorzy – użytkownicy. Podczas warsztatów zostało sformułowane pytanie:


Odpowiedź na nie stanowiła transformacja kluczowych składowych firmy. Pracowników kuchni na kucharzy, co wiązałoby się ze wzrostem ich prestiżu, morali oraz kompetencji. Informacja o tym co będzie rozwożone w najbliższym czasie z suchego opisu musiała stać się menu – bardziej poetycko nazwane potrawy, automatycznie smakowałyby lepiej. Samochody dostawcze miały być kelnerami, w związku z tym należało zadbać o ich odpowiedni stan techniczny oraz wygląd, aby użytkownicy nie musieli się wstydzić, że można je zobaczyć na ich podjeździe.

Rozpoczęto prototypowanie. Testowano prototypy z obecnymi klientami, tymi którzy przestali już z usługi korzystać, a także z młodszymi, którzy dopiero mięli zacząć. Z wstępnie przeprowadzonych eksperymentów szybko wyciągnięto wnioski oraz przeprojektowano opakowania na bardziej modułowe, z rozdzielonymi składnikami. Dzięki temu klient mógł wybrać czy woli ziemniaki, makaron, czy ryż czy chce zamawiać warzywa, czy woli wykorzystać własne produkty. Ten zabieg dawał w końcu możliwość wyboru seniorom, która na początku została im odebrana.

Aby pomóc pracownikom sprowadzono zawodowego szefa kuchni, który ocenił ich kwalifikacje, doszkolił oraz podniósł morale. Uświadomił kucharzy, że faktycznie mają talent jednak powinni popracować także nad odpowiednią prezencją jedzenia, zadbać o kolory oraz ciekawe podanie. Otrzymali również nowe mundury, które także utwierdziły ich w przekonaniu, że wykonują prestiżowy zawód.

Przypieczętowaniem całego procesu zmiany działania firmy była zmiana nazwy. Serwis noszący wcześniej miano Hospitable Food Service (Gościnny Serwis Gastronomiczny) stał się The Good Kitchen (Dobra Kuchnia). Nazwa prostsza, kojarząca się bardziej z domowym jedzeniem oraz jakością stawiała nowe wyzwanie pracownikom.

Serwis prosperujący już całkiem dobrze został wzbogacony o jeszcze jedną ważną usługę, którą była wzajemna wymiana komunikacji między seniorami oraz pracownikami kuchni. Użytkownicy otrzymywali od „kelnerów” (dostawców) karty komentarzy, dzięki którym mogli zrecenzować posiłek, wyrazić zdanie, pochwalić lub napisać własne sugestie na temat tego co można by poprawić. Dzięki temu zabiegowi seniorzy kolejny raz otrzymali możliwość decyzji, natomiast kucharze świadomość, że gotują dla żywych ludzi, którzy wyrażają opinie, chwalą ich i ganią. Ich praca zyskała większy sens. W kuchni znalazły się również zdjęcia z wizyt domowych, które przybliżały postacie klientów. Seniorom dostarczany był biuletyn który zawierał między innymi informacje o nowych pracownikach i ich zdjęcia oraz informacje o ich urodzinach czy narodzinach wnuka. W ten sposób obie grupy stały się dla siebie praktycznie rodziną. Wszystkie te zabiegi spowodowały wzrost zamówień o 500% już w pierwszym tygodniu. Pracownicy kuchni byli znacznie bardziej zadowoleni i zmotywowani. W rezultacie także klienci byli zadowoleni ze swojej żywności. „Jeśli masz dumę zawodową, będziesz również gotować dobre jedzenie. Dobre jedzenie pochodzi z serca.”, powiedziała Anne Marie Nielsen, dyrektor The Good Kitchen.

Sukces The Good Kitchen został również zauważony poza Holstebro. The Good Kitchen and Hatch & Bloom podzieliły się duńską nagrodą za wzornictwo w zakresie projektowania usług, a także nagrodą za innowacyjność w 2009 roku dla samorządu lokalnego w Danii.

https://hatchandbloom.dk/portfolio/holstebro-municipality/

http://www.servicedesigntoolkit.org/cases-good-kitchen.html

Design thinking, czyli myśl jak projektant

Powyższy schemat to model „Design Thinking” ze Stanford d.school, czyli szkoły designu.

Czym jest Design Thinking?

W tłumaczeniu to po prostu „myślenie projektowe” lub „myślenie jak projektant”. Pozwala projektantom zrozumieć potrzeby użytkowników, rozwiązywać problemy społeczne, biznesowe a nawet zmieniać podejście do otaczającego nas świata i własnych problemów.

Dlaczego o tym piszę?

Przyjaciółka namówiła mnie ostatnio na wzięcie udział w warsztatach organizowanych przez Pleo’ method. Właściwie liczyłam tylko na mile spędzony wieczór i poznanie nowych ludzi, a dostałam zastrzyk motywacji oraz podpowiedź jak powinnam właściwie brać się za projekty oraz własne życie. Uświadomiłam sobie, że przez większość studiów projektowałam źle, postępowałam według schematu:

Gdy tymczasem należało zadać pytania w kolejności odwrotnej:

Dlaczego to takie ważne? Tylko myślenie o użytkowniku pomoże nam osiągnąć sukces. Giganci rynkowi tacy jak IBM, Google, Pixar, Airbnb, mają własne modele Design Thinking. Wiele możemy nauczyć się na ich sukcesach. Poniżej jeden z nich.

Jest rok 2009. Firma Airbedandbreakfast.com stoi na skraju bankructwa. Start-up założony przez Joe Gebbia, Nathan Blecharczyka oraz Brian Chesky’ego jest zupełnie nieznany. Dochód tygodniowy osiąga 200 dolarów tygodniowo.  Założyciele nie mięli pojęcia co jest nie tak. Pomysł wynajmowania własnego mieszkania za drobną opłatą szybko znalazł dużą rzeszę najemców, mieszkania są ładne i zadbane jednak brak klientów. Gebbia, Blecharczyk oraz Chesky wraz z nowym inwestorem – Paulem Grahamem (założycielem inkubatora biznesu o nazwie Y Combinator) zaczęli analizować działanie swojej firmy zaczynając od zamieszczanych ogłoszeń. Okazało się, że zdjęcia jakie umieszczają najemcy są kompletnie nieatrakcyjne, zrobione tanim smartfonem, nie widać na nich dokładnie ani apartamentu, ani jego otoczenia. Klienci nie byli zainteresowani płaceniem za kota w worku.

Po uświadomieniu sobie na czym polega problem właściciele wymyślili bardzo proste rozwiązanie, trzeba pojechać do Nowego Jorku i zrobić zdjęcia osobiście. Kreatywne rozwiązanie narodziło się dzięki „Design Thinking” czyli myśleniu projektowemu, u którego podstaw leży „wejście w skórę” potencjalnego klienta. Sam Joe Gebbia postanowił kształcić się dalej w szkole Rhode Island School of Design, by móc jeszcze bardziej wychodzić naprzeciw potrzebom przyszłych wynajmujących. Cała firma zaczęła działać zgodnie z zasadami myślenia projektowego, czyli empatyzować, definiować, wymyślać, prototypować i testować. Zmiana szybko się opłaciła, ponieważ już w tydzień po ulepszeniu zdjęć na stronie serwis Airbnb zaczął zarabiać 400 dolarów tygodniowo, a następnie wykładniczo więcej.

U podstaw prawdziwego rozwiązywania problemów stoi rozmowa z człowiekiem. Trzej założyciele Airbnb spędzając wiele miesięcy przed komputerami nie zdołaliby rozwiązać swojego problemu bez wczucia się w potrzeby swoich klientów i rozmowy z nimi. Kolejnym krokiem jaki wprowadzili do swojej firmy było wysyłanie swoich pracowników w podróż z noclegiem za pośrednictwem Airbnb oraz udokumentowanie jej, zbadanie problemów oraz wyszukanie rozwiązań. Przykładowo jeden z projektantów, po przeprowadzonych badaniach zmienił system oceniania z gwiazdek na serca, ponieważ użytkownicy chętniej pozostawiali takie noty oraz były one wyższe. Prosty fakt zmiany tego systemu sprawił, obroty firmy wzrosły o 30%.

Airbnb nie tylko odniósł sukces jako start-up, ale też zrewolucjonizował turystykę, dając ludziom możliwość noclegu w miejscu „jak w domu”, naturalnym dla danej okolicy. Pozwolił odkryć części miast, które do tej pory były uznawane za całkowicie nieturystyczne. Wielu ludzi również zarobiło jako najemcy na całkiem dobrych warunkach, na które nie mogliby pozwolić sobie jako jednostka.

Oczywiście jest druga strona medalu i firma ma wielu krytyków, którzy motywują swoje zdanie wyludnianiem się ośrodków centralnych miasta, jak np. rynek w Krakowie, czy Kazimierz, ponieważ niejednokrotnie bardziej opłaca się wynająć tu mieszkanie niż mieszkać osobiście. Duży przepływ ludzi mieszkających czasowo nie sprzyja także budowaniu relacji sąsiedzkich oraz pogłębia wrażenie samotności w mieście. Od założenia Airbnb minęło już ponad 12 lat, a strategia dzięki której firmie udało się uniknąć bankructwa nadal działa. Ludzie kupują oczami, przez co też niestety można wyobrazić sobie, że jedzie się do bajkowego mieszkania, którego zdjęcia były robione parę lat temu. Po tylu latach działania zanika również często chęć do bycia gospodarzem, co leżało u podstaw działania firmy. Kiedy do lokalu przyjeżdżało dosłownie kilku turystów rocznie, bardziej prawdopodobne, że właściciel osobiście znajdował czas żeby ich oprowadzić, opowiedzieć coś o sobie, porozmawiać. W sytuacji masowego wynajmu, relacje międzyludzkie które były magiczne w Airbnb zanikają. Pojawiają się zastępcy właściciela, kłódki na kod, gdzie znajdziemy klucze, a kontakt najemca – klient jest tylko mailowy. Oczywiście wszystko to jest bardzo wygodne, jednak mam wrażenie, że tracimy kolejny raz coś co było esencją pomysłu. Jest to jednak podejście indywidualne i założyciele nie mają prawdopodobnie żadnego wpływu na te zjawiska, ponieważ atmosferę miejsc tworzymy my sami.

Droga jaką przeszedł Airbnb do dziś jest niesamowita. Twórcy zdecydowanie potrafili spojrzeć na współczesny świat ze zrozumieniem. Wspierają też rozwój lokalnych społeczności oraz odkrywają dla nas coraz to nowe magiczne miejsca do zwiedzania. Firma posiada ponad 1 500 00 reklam w 192 krajach oraz 34 000 miast. Tak ogromny sukces udało się dzięki zastosowaniu metodologii „Design Thinking”.

bibliografia:

https://www.bbva.com/en/airbnb-design-thinking-success-story/

https://en.wikipedia.org/wiki/Design_thinking

https://dschool.stanford.edu/about

Graffiti w Atenach

Kiedy byłam młodsza z zapartym tchem śledziłam nowe „popisy” i wrzuty na krakowskich murach. Największe wrażenie robiły na mnie tagi na wysokich budynkach. Wyobrażałam sobie jak autorzy się tam wspinali, co robili żeby nie dać się złapać, jak uciekali ze zwinnością pumy. Sceneria jak z filmu, byłam zakochana w kimś kto podpisywał się „Cukse”, wszystkim ogłaszałam, że jak do mnie przyjdzie to z miejsca wyjdę za niego za mąż, za typowego niegrzecznego chłopca. Czasy były jakie były, internet nie zawierał, aż tylu informacji o ludziach, ja po prostu nie umiałam szukać i nigdy mojego chuligana z bajki ostatecznie nie poznałam. Zaszczepił on jednak we mnie fascynację, szczególną spostrzegawczość oraz zapał do śledzenia krakowskiego street-artu.

Wielu z nas samo graffiti kojarzy się z Bronxem lat 60 XX. wieku, wandalizmem, brudem. Jednak historia graffiti zaczęła się dużo wcześniej, gdzieś w Starożytnym Egipcie, Grecji lub Rzymie. Pisanie po ścianach, ozdabianie ich, rysowanie, dokumentowanie to dzięki tym działaniom możemy dowiedzieć się najwięcej o obrzędach czy wydarzeniach z antycznych czasów.

Podczas wojny graffiti było wykorzystywane jak środek do powstańczej walki z okupantem, znany żółw był symbolem sabotażu wroga, a kotwica znakiem nadziei na odzyskanie niepodległości.

Dopiero około lat 70 XX. wieku w Nowym Jorku miały powstać pierwsze tagi Greka Demetriusa – TAKI 183. Po wysypie tagów, napisów oraz przywłaszczeniu ich sobie przez kulturę hip-hop ludziom z nią niezwiązanym zaczęło się graffiti kojarzyć jednoznacznie – negatywnie. Historia kolejny raz zatoczyła krąg i wydaje mi się, że coraz częściej podejmuje się współprace z artystami ulicznymi jak choćby akcja murali na 100-lecie niepodległości, a artyści uliczni są powszechnie rozpoznawani.

Planując swoją podróż do Aten, znalazłam w przewodniku informacje o ateńskim graffiti. Wiadomo mi było o Bristolu, Berlinie, Nowym Jorku, ale nigdy wcześniej nie pomyślałam nawet, że w mieście Ateny króluje street art. Przewodnik zachęca owszem od spacerowania ulicami i podziwiania dzieł, które podobno mija się na każdym kroku. Według mnie tylko masochiści spacerują po ulicach Aten… z wielu powodów. Dlatego podrzucam moim zdaniem najładniejsze przykłady graffiti oraz ich lokalizacje.

https://goo.gl/maps/sER9Kk91uYn

https://goo.gl/maps/kPzTdSd9MU82

https://goo.gl/maps/FFAc6FPBv5m

https://goo.gl/maps/AMptBDDB5ku

https://goo.gl/maps/iRd5RhzJMF92

A tutaj kilka perełek znalezionych podczas spaceru nieopodal stacji metra Metaxourgheio.

Ateńskie graffiti było środkiem oporu podczas okupacji nazistów oraz ekspresji podczas wojny domowej w czasie junty czarnych pułkowników, która miała miejsce w Grecji w latach 1967-1974. Do teraz wiele z nich reprezentuje poglądy polityczne oraz upamiętnia osoby ważne dla środowiska. Ateny są miastem, gdzie najłatwiej jest malować na ulicach. Mieszkańcy są ciepli i otwarci, można powiedzieć że wręcz dumni ze swojej „galerii sztuki na wolnym powietrzu”. Ciężko odżałować jednak wizualne śmieci, tagi bez wartości estetycznych, często pokrywające naprawdę ładne prace. Wprawny obserwator zobaczy również co kryje się pod muralami w dzielnicach, gdzie powstaje ich najwięcej, opuszczone domy, zniszczone budynki, powybijane okna, zaułki, zniszczone chodniki, bezdomni śpiący na ulicach to obraz ateńskiej codzienności. Oglądanie plenerowej galerii w takiej scenerii i bez chodników, którymi nie można przejść bez strachu przed skręceniem kostki lub przejechaniem przez skuter wcale nie należy do najprzyjemniejszych przeżyć i może warto by pomyśleć o odpowiedniej infrastrukturze przed promowaniem miejsc, które dla turystów niekoniecznie są najbezpieczniejsze.

Pisząc ten post wspierałam się na wiedzy mądrzejszych ode mnie:

https://en.wikipedia.org/wiki/Graffiti

https://pl.wikipedia.org/wiki/Graffiti

https://www.andegrand.pl/nws/1347888663-historia-graffiti-i-jego-stylow.html’

Monastiraki

Podróże metrem sprawiają wrażenie, że teleportuje się w centrum wydarzeń. Są jak pauza w czasie, po której wychodzę na powierzchnię, łapie oddech i dopiero zaczynają docierać do mnie bodźce zewnętrzne. Uderzenie gorąca, muzyka, gwar, jak nieprzerwana uliczna impreza. Monastiraki. Już od wyjścia z metra witają kolory: niebieskie stragany, zielone winogrona, żółte banany, pomarańcze, czerwone jabłka, brązowe kasztany, wszystko piękne i błyszczące jak zakazane owoce. Tłum ludzi porywa mnie prosi do tańca, od lewa do prawa, wypadam z niego gdzieś w pierwszą uliczkę.

Ogromne wrażenie robi na mnie biblioteka Hadriana z II w n.e. oraz meczet Tzistarakis (1759 r.), dziś pełniący funkcję muzeum ceramiki. Nie ma czasu na odpoczynek, trzeba iść, sprzedawcy zapraszają do swoich stoisk, nienachalnie, od niechcenia – już po sezonie, swoje w tym roku odrobili i sami już są zmęczeni turystami. Ściany sklepów wypełnione są po brzegi, adidasy patrzą na mnie z góry, koszulki zespołów wołają do swoich fanów, torebki ze skóry pamiętają kiedy jeszcze biegały po polu, słodycze kuszą, mydełka się kurzą, magnesy próbują przyciągnąć uwagę. Z jednej uliczki do drugiej, z drugiej do trzeciej, zawróć, uśmiechnij się, uprzejmie odmów, kiwnij głową, szybciej, tłum napiera, tłum ustępuje, znikąd samochód, skuter, wariactwo. Im dalej brniesz tym więcej ludzi, tłok, patrzysz w górę, wystawne budynki, czarne elewacje, elegancje, ściana szklana, wystawa, twarz szemrana, ktoś czy koc, czarny kot.

Nieopodal na Karaiskaki 17 (dzielnica Psyrri) znajduje się Little Kook, czyli najbardziej klimatyczna knajpka Aten, której dekoracje przeniosą nas do błogich czasów dzieciństwa. Na ulicy znajduje się kilka budynków należących do Kook’a, oraz podobnych, co nadaje całej ulicy bajkowy charakter. Dalej przy placu Iroon znajduje się kolejna „przystań” barów oraz restauracji tętniących życiem i zapraszających przechodniów.

Spacerem bezpośrednio z dzielnicy Monastiraki możemy dostać się ulicą Ermou (mekka dla wielbicieli butików) do Placu Syntagmy – czyli konstytucji, miejsca gdzie mieści się monumentalny budynek parlamentu. Waga budynku została podkreślona przez centralną oś do niego prowadzącą oraz plac po drugiej stronie drogi który stanowi akcent w przestrzeni. Sam budynek widoczny jest już z daleka, dzięki usytuowaniu go na wzniesieniu oraz odpowiedniej iluminacji. Cała okolica stanowi świetne miejsce na popołudniowy oraz wieczorny spacer, każdego dnia i o różnych porach odkrywa się go zupełnie na nowo.

Centrum Kultury Fundacji Stavrosa Niarchosa

Ateny – miasto, które nienawidzi pieszych. Kolejny raz przekonałam się o tym wysiadając na przystanku Delta Falirou próbując dostać się do Centrum Fundacji Stavrosa Niarchosa. Budynek owszem był widoczny z przystanka, niestety po przejściu na drugą stronę drogi okazało się, że kompletnie nie ma tu drogi dla pieszych, która mogłaby do budynku prowadzić. Po szybkim zerknięciu na mapę – 25 min drogi pieszej na około, by dostać się do miejsca, które jest naprzeciwko! Nie wiele myśląc (i ryzykując życie!) trzeba było pobiec na następny nadjeżdżający tramwaj i podjechać na kolejny przystanek – Tzitzifies. Tym razem bez przejścia dla pieszych, ale za to po drugiej stronie znalazł się chodnik mniej lub bardziej prowadzący do Stavrosa. Podążając za innymi ludźmi, a na rondzie trochę udając samochód, kolejna niespodzianka, znaleźliśmy się w garażu. Chyba to normalne, ponieważ z drzwi wychodzi wycieczka szkolna. Prosto z garażu trafiamy na dziedziniec przed wejściem do budynku, po prawej niekończąca się droga wzdłuż garażu i Stavrosa, po lewej to samo. No nic, przynajmniej widać wejście główne.

               Po tej porównywalnej z walką o życie drodze wnętrze budynku robi piorunujące wrażenie. Kompletnie jakbym znalazła się w innym świecie. Jest to tak czysto, jasno, płytki błyszczą, a drewno pachnie, wszystko jest przeszklone i otwarte. Po wyjściu z foyer, jestem oszołomiona. Otacza mnie nowoczesna architektura w czystej postaci, szklane ściany kurtynowe, piękno prostych brył, przeszklone windy, ogromne betonowe schody. Pierwszą myślą było to żeby koniecznie sprawdzić gdzie prowadzą, ale moją uwagę przykuło co innego.

Po wejściu do budynku obok schodów znalazłam się w raju. Biblioteka, najpiękniejsza jaką widziałam, książki uporządkowane na półkach od podłogi aż do sufitu, co najmniej 5 kondygnacji literatury. Gra światła, kolorowych okładek, drewnianych podestów, żółtych elementów dekoracyjnych oraz dopełnienie w postaci odbicia w podłodze potęguje wrażenie nierealności tego miejsca. Z biblioteki wchodzi się do przestrzeni pracy, coworkingu, również kilku-kondygnacyjnej. Ludzie przy komputerach w takiej jasnej przestrzeni sprawiają, że przypominają mi się popołudnia spędzane na poddaszu ul.Rajskiej. Czy to Ateny przyszłości, czy już takie są a ja do tej pory tego nie zauważałam?

Drugie skrzydło budynku zajmują sala koncertowa oraz konferencyjna. Budynek w całości oddany jest ludziom, dlatego też dziwi mnie tak utrudniony do niego dostęp od drogi głównej. Swoją formą przypomina trójkątną skarpę, obniżoną od strony osiedli i podniesioną w kierunku morza. Wiąże się to z pomysłem otwarcia widoku na morze, ponieważ okolica Pireusu była z nim od zawsze związana. Ukłonem w jego stronę jest również zbiornik wodny, który znajduje się naprzeciw agory – czyli dziedzińca. Całość budynku wykończona betonem robi dość monumentalne wrażenie z zewnątrz, jednak dzięki szerokim przeszkleniom w odpowiednich miejscach i lekkiemu przekryciu nie robi wrażenia bunkra. Ciekawy jest również sposób posadowienia budynku. Z uwagi na to, że Ateny są miastem narażonym na wstrząsy sejsmiczne konstrukcja została odizolowana od gruntu napierającego i posadowiona na specjalnych rolkach, dzięki którym budynek w razie trzęsienia pozostanie niezależny.

               Nadeszła pora na rekonesans co znajduje się na szczycie schodów o których wspomniałam. Pierwszym widokiem jest budynek znany ze zdjęć, ogromne słupy na których rozpostarty został cienki jak liść dach, a wszystko to otoczone zielenią, zielenią i zielenią. Na dachu Stavrosa znajduje się ogromny ogród, na którym rosną rośliny charakterystyczne dla terenów Attyki. W Atenach, w których na palcach można zliczyć powierzchnie zielone taki widok to jest na wagę złota. Ogród z centralnie wytyczonymi osiami chodników, kilkoma zagajnikami, labiryntem, a nawet boiskami stanowi miejsce, w którym można by spędzić cały dzień. Zwiedzając park mijamy pary szepczące w zagajnikach, a wraz z nimi szum suchych traw, dzieci bawiące się w ganianego, a nad nimi motyle robiące dokładnie to samo, starszych którzy dostojnie przysiedli i odpoczywają w alejkach, jak zakwitłe kwiaty tego ogrodu.

Dopełnienie wszystkiego stanowi taras pod dachem, widok z niego roztacza się na całe wybrzeże, port jachtowy oraz cypel. Bryza morska głaszcze tu twarz, a widok zapiera dech. Zdecydowanie jest to jedno z piękniejszych miejsc w mieście. Dziękujemy panie Piano.

Miasteczko Olimpijskie

Gorące powietrze w zielonej linii metra. Dobra wiadomość, jeśli jedziesz od centrum to najgorszy tłok jest już za Tobą.

„επόμενο σταθμό: Irini” [epomino statmos: Irini]

Przystanek jest w kolorze morskiej zieleni i brudnego różu, przy ogrodzeniu rosną palemki, a tuż za nimi widzisz już to po co przyjechałeś – monumentalną konstrukcję wejścia oraz Velodrom.

Architektura, sztuka, linie, tworzące bryły w przestrzeni, zjawisko, które powoduje ukłucie w sercu, lekkie zatrzymanie oddechu, niemal niezauważalne. Czy to sen?  

Po wyjściu z metra wita konstrukcja przypominającą daszek od czapki, a nad nią ogromne żebra i mniejsze przęsła, jak wielki szkielet, który mógłby mieć mięśnie, napiąć je i odejść jak gdyby nigdy nic. Przechodzimy przez jego wnętrze, niby ażurowe a jednak tworzące ogromny, monumentalny korytarz.

Santiago Calatrava. Architekt, który perfekcyjnie potrafi wyeksponować swoje dzieła. Imponujące, biomorficzne konstrukcje odbijające się w tafli płytkiej wody sprawiają jeszcze bardziej nierealne wrażenie. Które budynki są prawdziwe? Te w powietrzu czy te odbite? Może dopiero odbicie mówi prawdę o realnym świecie i bez odbicia nie ma bytu?

Ważki nad wodą odwracają uwagę, patrzysz lewo, widzisz ogromne skrzydło. Kolejny owad? Velodrom. Największe wrażenie robi kiedy patrzysz na niego frontalnie, postaraj się i odnajdź idealny środek symetrii tego budynku. Oswój go. Symetria napełnia spokojem. Porządek w chaosie tego miasta to coś nowego. Trzeba iść, to nie koniec wycieczki.

Kolejne konstrukcje nawarstwiają się jedna nad drugą, góra miesza się z dołem, żebro z dźwigarem, dach ze ścianą, wnętrze z zewnętrzem.

Baseny na zewnątrz są najprężniej działającym elementem obiektu. Dwa baseny ćwiczeniowe po lewej i główny po prawej, to tu Otylia Jędrzejczak w 2004 roku zdobyła złoto. Wiwatujące tłumy, krzyki, głos komentatora w głośnikach, zgiełk i podniecenie, też to słyszysz?

Chwila zagubienia, odnalezienie ścieżki, trakty w górze i na dole, budynek jak kościół bez witraży – świątynia Sportu.

Na końcu wycieczki kolejna imponująca konstrukcja. Stadion Olimpijski z 1982 roku, przebudowany w latach 2002-2004 również przez Calatravę. Ciężko jest objąć dach jednym spojrzeniem. Przy odpowiedniej odległości masz szansę zobaczyć wszystko – miejsce na Znicz Olimpijski oraz podwieszoną konstrukcję przekrycia, z daleka jednak nie czuć tego co z bliska, czyli ogromu elementów wsporczych.

Krążą miejskie legendy na temat tego, że Miasteczko stoi opuszczone, zdewastowane i nie można na nie wejść. To nieprawda. Na chwilę obecną, użytkowane są niemal wszystkie obiekty, baseny, bieżnie, a zwłaszcza Stadion, na którym normalnie rozgrywają się mecze.

Niewiele przewodników wspomina o tym miejscu. Niesłusznie. Nie można też zobaczyć go z żadnego punktu widokowego, ponieważ całość od strony miasta zasłania góra z Teatrem Attikou Alsous. Tym gorzej dla reklamy naprawdę imponującego kompleksu kryjącego historię wielkiego wydarzenia. Olimpiada w 2004 roku, była powrotem tego wydarzenia po ponad 100 latach od pierwszej nowożytnej Olimpiady (1986), znamienite jest w tym przypadku hasło przewodnie „Welcome Home”. Projekt kompleksu został opracowany przez światowej sławy architekta, który stworzył naprawdę magiczną przestrzeń. Dlatego dziwię się władzom Aten, które nie promują tak niesamowitego miejsca. Tymczasem jest ono o wiele bardziej warte odwiedzenia, niż niektóre muzea, stanowi piękne tło do fotografii oraz skłania do refleksji na temat architektury, sztuki, konstrukcji, tego jak przeciwdziałają w spektakularny sposób zasadom grawitacji.

Polytechneio

Grecka szkoła architektury – cała prawda o Polytechneio.

Wyjazd w ramach wymiany międzyuczelnianej ma wiele zalet, jedną z nich jest możliwość zobaczenia danego kraju od „podszewki”, bez upiększeń dla turystów. Prawdziwa jakość kraju to ta jaką żyją jego mieszkańcy, a nie to co jest pokazane w hotelach, folderach czy na instagramie. Podczas dłuższego pobytu w jakimś miejscu można dostrzec dużo więcej. Żyje się codziennością zupełnie inną niż dotychczas, zostaje się wystrzelonym daleko ze swojej strefy komfortu – na własne życzenie. Jako studentki moją codziennością była głównie uczelnia. Jak wyglądała ateńska Polytechneio i czy się różniła od krakowskiej Politechniki? O tym poniżej.

1. Przedmioty do wyboru.

Program na greckiej uczelni architektury, jest na tyle elastyczny, że uczeń sam wybiera przedmioty, które go interesują, nie musi zaliczać wszystkich. Skutkuje to mniejszymi grupami dydaktycznymi oraz mniejszą frustracją ze strony studentów, że są do czegoś zmuszani. Umiejętności są nadal wielostronne, ponieważ przedmioty kształcące podobne sektory są w tych samych godzinach, ale nadal można wybrać ten jeden najbardziej nas interesujący.

2. Mniej zajęć.

W Polsce aby zaliczyć dany semestr trzeba zdać przedmioty o sumarycznej wadze 30 ECTS-ów. To powszechny system w Unii Europejskiej, jednak Grecy go nie stosują. Mają przez to więcej czasu na swoje hobby, rozwijanie zainteresowań lub dopracowywanie projektów.

3. Warsztaty.

Mowa tu o specjalnie spisanych na straty pomieszczeniach do malowania, konstruowania modeli, itp. Świetne miejsce do pracy, bez naruszania przestrzeni swojego mieszkania czy domu, w których często brak miejsca na tak inwazyjne praktyki. Obecność innych studentów robiących podobne rzeczy jest też motywująca i uczy nowych technik.

4. Świadomość wartości własnego zdania.

Dyskusje na temat własnych projektów z prowadzącym to demokracja ateńska w czystym wydaniu. Ciężko było się przestawić na taki system pracy mając wpojone, że profesor wie najlepiej i najbezpieczniej jest z nim po prostu nie polemizować. Na dłuższą metę poprawiało to świadomość swoich decyzji projektowych, przygotowało do obrony projektu oraz pomagało rozwinąć zdolności mówienia po angielsku.

5. Zajęcia z uczniami z zagranicy.

Skoro już wspomniałam o mówieniu po angielsku to muszę powiedzieć, że byłam pozytywnie zaskoczona jak dobrze drugim językiem posługują się Ateńczycy. Pomocne jest wykorzystywanie studentów, którzy przyjeżdżają na wymiany zagraniczne. Nie tylko uczęszczają z miejscowymi na zajęcia, ale nawet robią wspólne projekty. To prosty sposób, by poznać nowych ludzi i ich kulturę podczas regularnych zajęć na uczelni. Taki kurs językowy za darmo. Oczywiście do Krakowa też przyjeżdżają studenci na wymiany, jednak mam wrażenie, że są izolowani, mają zajęcia kiedy indziej, w innym języku. W Atenach udawało się profesorom mniej lub bardziej prowadzić zajęcia po grecku od czasu do czasu wtrącić zdanie po angielsku i liczyć, że resztę przetłumaczą studenci lub każdy dopyta osobiście.

6. Stołówka dla uczniów.

W teorii dla biedniejszych, w praktyce dla 90% studentów całkowicie za darmo, dla innych za 3€. Jedzenie typowo stołówkowe lepsze lub gorsze, jednak ciepły posiłek między zajęciami to coś na co w Polsce nie ma czasem czasu, a niejednokrotnie nawet i pieniędzy. Poza tym co bardziej integruje ludzi niż wspólne jedzenie i możliwość ponarzekania na nie?

7. System oceniania od 1-10

Moment w którym dostanie 6, znaczy coś zupełnie innego niż u nas. W Polsce oceny od 2-5 mają jeszcze stopnie co pół więc w praktyce jest ich 7. Większa ilość ocen pomaga w dobrze adekwatnej noty do osiągnięć danego studenta.

I kiedy wydawać by się mogło, że studentom greckim jest całkiem dobrze, a powyższe rozwiązania należałoby wdrożyć w Polsce i wymiernie poprawiłoby to jakość uczelni okazuje się, że nie wszyscy w Atenach są z takiej sytuacji zadowoleni.

Uczelnia Polytechneio, uznawana jest w niektórych środowiskach za siedzibę anarchistów. Jeśli miałabym stwierdzić czy budynek szkoły jest bezpieczny, byłaby to odpowiedź twierdząca, jest zniszczony – temu nie da się zaprzeczyć, pokryty graffiti, często wyrażającym poglądy polityczne lub upamiętniającym poszczególne osoby. Cieniem na działalności uczelni są powtarzające się od kilkudziesięciu lat marsze upamiętniające strajk studentów z 14-17 listopada 1973. Przed uczelnią znajduje się tablica pamiątkowa oraz pomnik – drzwi staranowane przez wojsko wkraczające na uczelnie. Drugą taką datą jest rocznica zamieszek w dzielnicy Exarcheia, których bezpośrednią przyczyną było zabójstwo 15-latka Aleksandrosa Grigoropulosa 6 grudnia 2008 roku. Co roku te dni to dla uczniów i personelu czas wyjęty z kalendarza, na wydziale architektury Polytechneio nikt nie wie czego się spodziewać. Nasuwa się pytanie, jak długo można żyć wydarzeniami, które zdarzyły się tyle lat temu i co naprawdę demonstrujący chcą osiągnąć.

Ateny do wyjazdu były dla mnie miejscem, o którym uczyłam się od podstawówki, kolebką cywilizacji europejskiej, ojczyzną demokracji, teatru, igrzysk olimpijskich, architektury antycznej, ideału człowieka – wykształconego i wysportowanego. Co pozostało z tych dawnych lat świetności? Na pewno duma. Świadczą o tym chociażby styczniowe protesty przeciw nazwie Macedonii. Wiele zabytków również jest pamiątkami po dawnych czasach, a reszta? Ateny są mitologiczną puszką Pandory, z mieszanką kultur, imigrantów, anarchistów, zwykłych ludzi, doprawioną niestabilną sytuacją gospodarczą. Kto i kiedy postanowi ją otworzyć? Zobaczymy.