Santorini

Bardzo polecam podróże promem. Poczynając od możliwości zobaczenia widoku wschodu słońca na morzu, a kończąc na morskiej bryzie nieskończenie błękitnego morza, muskającej twarz kiedy wyjdzie się na rufę. Przy odrobinie romantyzmu i odpowiednim towarzystwie można zaimprowizować słynną scenę z Titanica z Kate Winslet i Leo. Jedyne czego na promach – sieciówkach nie polecam to jedzenie (moje najgorsze i najdroższe frytki w życiu). Po uroczych 7 godzinach podróży (połowa książki – oszczędzana) czas na kolejne niesamowite widoki. Ogromne zbocza, wulkaniczne brzegi, małe kolorowe miasteczka – wyspa Santorini.

Po dotarciu na brzeg zaczyna się kocioł – dosłowny. Oferty samochodów do wynajęcia, taksówek, hoteli. W jednym momencie idziesz razem z tłumem ludzi pod wielką górę, a w drugim zostajesz kompletnie sam. Nie pozostaje nic innego jak pokornie wrócić na dół i po uświadomieniu sobie, że wszystkie środki transportu publicznego uciekły z nadzieją podejść do wypożyczalni samochodowej i liczyć na litość Pana – arabo-greka który bycie handlarzem wyssał z mlekiem matki. Przy odrobinie szczęścia, dobrej woli, ogromnej dozie strachu, jest i on – Smart, który będzie naszym być albo nie być całej wycieczki.

Sama wyprawa pod górę wydaje się być wyzwaniem dla pana samochodzika, jednak po chwilowej odmowie współpracy automatycznej skrzyni biegów – dał radę – jedziemy. Hotel Manos jest stosunkowo blisko, jak się później okaże, jak wszystko tu. W recepcji wita nas przemiła starsza Greczynka oraz jej rodzina. Pan z obsługi prowadząc do pokoju pyta „Pierwszy raz? Na pewno nie ostatni.”, a ja już mam dreszcze, te miłe dreszcze – oczekiwania.

Poruszanie się panem samochodzikiem znacznie ułatwia życia, wszystko jest bliżej. Pierwsza na liście jest Fira – stolica wyspy. Po pozostawieniu pojazdu wśród kolegów przy drodze, idziemy w górę, im wyżej tym węższe uliczki. O tym czy idzie się w dobrą stronę świadczy ilość  obywateli bliskiego wschodu, kiedy wartość procentowa dobije do 95% i zaczynają robić zdjęcia jak szaleni – wiadomo, że to tu. Pierwsze wrażenie jest niezapomniane, słońce, morze, budynki na skarpie, to światło i dokładnie ten klimat sprawiają, że zapomina się o całym świecie.

Zachód słońca na Santorini to coś co zdecydowanie warto zobaczyć. Słońce o ciepłym odcieniu pada na białe ściany domów, dodatkowym bonusem jest znalezienie niebieskiego dachu, ten nierealny kolor potęguje wrażenie snu, które towarzyszy temu miejscu. My widzieliśmy dwa. I oba całkowicie się od siebie różniły. Bardziej podobał mi się ten w Firze, w najwyższym punkcie na jaki udało się wyjść. Ale to dlatego, że bardziej podobają mi się miejsca, w których jest mniej ludzi. Mówi się, że zachód na Oii jest najpiękniejszy na świecie. Mi jednak ten w stolicy bardziej zapadł w serce właśnie ze względu na jego kameralność. Było mniej ludzi, w Oii dosłownie wypadali z każdego możliwego miejsca widokowego. W Firze widziałam też go wcześniej, co sprawiło że był jeszcze bardziej wyjątkowy. Pierwszy raz zderzyłam się z wrażeniem, które towarzyszyło mi przez resztę wycieczki. Wrażeniem, że znajduję się na końcu świata, dosłownym. To jak na razie najdalsze miejsce gdzie byłam. Nic nie pojawia się na horyzoncie z żadnej strony, idealne miejsce żeby odciąć się od wszystkiego. Wyspa jest na tyle niewielka, że w najwęższym miejscu widać było z jednej i z drugiej strony wodę, niesamowite.

Santorini słynie także z plaż o niespotykanych kolorach – czerwonym, czarnym i białym, powstałych dzięki wybuchom wulkanu i osadzeniu się pyłu o konkretnej zawartości chemicznej. Kolory są nierealne. Uwielbiam każdy zakątek tej wyspy. Każdemu kto się waha, zdecydowanie polecam się tam wybrać. Idealne są wrzesień, październik, kwiecień, maj kiedy jeszcze jest ciepło, ale nie ma aż tylu turystów, ponieważ i bez nich uliczki są wąskie i podążanie ciągle za tłumem na dłuższą metę jest męczące.

Santorini to miejsce, które jest tak piękne że można po prostu siedzieć i je chłonąć. Każdy spacer dostarcza nowych widoków, wszystko jest piękne że aż trudno uwierzyć że prawdziwe. Śmiało mogę powiedzieć, że to jedno z najromantyczniejszych miejsc na ziemi. Czułam się tam jak we własnej wersji „Casablanki” Curtiza. Trudno uwierzyć jak bardzo różni się od Grecji kontynentalnej, w której przyszło mi dłużej pomieszkać. Santorini kojarzy mi się ze spokojem, pięknem, widokami jest bardziej naturalne w moim odczuciu. Na jakimś stopniu jest rajem. Prawdziwym rajem na ziemi.

One Reply to “Santorini”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *