Sycylia

Uwielbiam mojego brata. Nie tylko jest cudowny, opiekuńczy, mądry, potrafi pomóc i pocieszyć w każdej sytuacji, ale też potrafi zadzwonić do mnie w całkiem zwyczajny wtorek i zapytać czy chce się wybrać na Sycylię. Na takie rzeczy nie trzeba mnie długo namawiać. A właściwie to wcale. I tak 2 tygodnie później znaleźliśmy się w Katanii, po odebraniu całkiem nowego samochodu z wypożyczalni ruszyliśmy w drogę ku zachodzie słońca do Alcamo Marina.

Pierwsze wrażenia z drogi to podziw nad jej monumentalnością, ilość wiaduktów, mostów i tunelów bardzo mnie zaskoczyła, spodziewałam się wiejskiej dziurawej drogi, a tutaj otwarte przestrzenie, góry, doliny, piękne widoki, miasta górujące nad nami, obok nas i rozpościerające się poniżej. Eksplozja zieleni, plantacje oliwek, winogron, pomidorów i wszystkich innych warzyw jakich tylko sycylijska dusza zapragnie. Po paru godzinach malowniczych widoków, naszym oczom ukazała się stolica – Palermo. W ten oto sposób dowiedzieliśmy się skąd przerażona mina Pani z wypożyczalni kiedy powiedzieliśmy gdzie chcemy się poruszać naszym autkiem z full ubezpieczeniem. Samochody w Palermo nie jadą – one płyną, opływają przeszkody (nowego kierowcę) ławicami z lewej i z prawej, wszyscy poruszają się tak jakby chcieli przejechać jeszcze pod nami albo nad nami jakby się dało. Istne szaleństwo.

Dojazd do Alcamo Marina od tego momentu trwał już tylko jakieś pięć wiaduktów. W mieszkaniu przywitał nas przemiły host z Airbnb Marcello, który miał piękne mieszkanie, z tarasem na dachu z widokiem na morze – najlepsze Airbnb ever. Marcello zaproponował nam miliony atrakcji, podróże łódką, piękne plaże i postawił nam śniadanie. Udało nam się nawet później nawet prawie zobaczyć jedną z jego propozycji – plażę, na której podobno kręcili Ocean’s Eleven.

Dojeżdżając tam trafiliśmy na piękny widok, dzięki któremu wiedzieliśmy że na pewno wybierzemy się zwiedzić Castellammare del Golfo.

Jednak pierwszego dnia wieczorem wybraliśmy się do Trapani, pięknego miasta, które stanowiło przedsmak kolejnych dni naszej wycieczki.

W kwestii jedzenia, jeśli ktoś jest naiwny (jak ja) i sądzi, że zje sobie na Sycylii coś takiego jak Carbonarę, albo (o zgrozo!) pizzę na kawałki to niech się zastanowi nad sobą drugi raz i jedzie trzeci raz do Rzymu. Sycylia to ojczyzna makaronu z owocami morza, okrągłej, niepokrojonej pizzy z dziwnie dobranymi składnikami (jajka na twardo?!), granity z kawałkami owoców, pistacji, cytrusów, pomidorów, lodów, arancini i takiej ilości pięknych i pysznych słodyczy, że tego się nie da opisać tylko trzeba jechać i próbować.  

A tutaj wspomniane Castellammare del Golfo.

Na wielu blogach pojawia się opinia, że Sycylii nie da się zwiedzić za jednym razem. Najlepiej rozbić to na kilka wyjazdów po dwa tygodnie. Zgadzam się z tym i w pełni akceptuję. Sycylii nie da się w tyle zwiedzić, ale da się naprawdę dużo zobaczyć. W naszym przypadku najlepszym planem był brak planu – nie było żadnego odhaczania listy rzeczy, albo sprawdzania na ilu blogach coś jest polecone. Zwiedzaliśmy wszystko z iście włoskim luzem na zasadzie, jedziemy się po tym mieście pokręcić wieczorem i poczuć klimat, i to było piękne. A za dnia plaże były. Duuużo plaż.

Zakochałam się chyba w kolorze Morza Tyrreńskiego i Jońskiego, kolorze na wpół niebieskim, na wpół zielonym z ciemnymi plamami. Płynąc rowerkiem nie mogłam uwierzyć ze woda, którą sobie nabierałam w dłonie jest nadal przeźroczysta jak zwykle, taka głupota, ale ten niebieski kolor dookoła był tak intensywny, że aż nierealny. Szczególnie piękne wrażenie robił niebieski kolor kontrastujący z krajobrazem La Scala dei Turchi – skalistą, wapienną plażą, wynurzającą się ogromną spiralą jak wielka muszla. Lub na San vito lo Capo – kolejnej pięknej plaży z dwóch stron zamkniętej ogromnymi jak meteory skałami, gdzie pływaliśmy kajakiem z narażeniem życia i zdrowia (bez kapoków!).

Sycylia to wyspa na której panuje mafia – oczywiście. I wszędzie tą mafię widać, wszyscy chodzą w mafijnych białych kapeluszach z czarnym paskiem. Słyszałam, że tylko prawdziwi mafiosi mogą, ale nie mówcie nikomu, bo im zepsujecie przykrywkę. Bardzo dobrze się też mafię widzi jak się przykładem mojej bratowej weźmie na wakacje na Sycylii „Sycylijczyka” i jak się moim przykładem ukradnie jej tę książkę i się czyta na tylnym siedzeniu samochodu w drodze do Palermo, to wtedy już się wszystko kojarzy. Tak na przykład Puzo zarysował obraz Justiny, przechadzającej się po ulicach Palermo: „Kruczoczarne włosy upięła w kok, podtrzymywany trzema ozdobnymi grzebieniami, uwydatniając szyję smukłą i złocistą, niczym u Egipcjanek uwieńczonych na wazach. Miała przepastne, pytające oczy i zmysłowe usta: one jedne zdradzały jej młodzieńczy wiek. Była w białej sukience, której przód zdobił czerwony szlaczek. Była ucieleśnionym pięknem.” I po przeczytaniu tego tak się rozmarzyłam i pożałowałam, że jednak nie posłuchałam rady mojej najdroższej przyjaciółki i nie znalazłam jednak tej białej sukienki, ale jeszcze wtedy nie wiedziałam, że taką do Palermo trzeba i to jeszcze z czerwonym paskiem. Jakbym wiedziała to bym znalazła i może mnie też by jakiś Sycylijczyk tak ładnie opisał.

Jak już jestem przy Palermo to urzekło mnie to miasto w każdy możliwy sposób. Urzekła mnie katedra w Palermo – mimo że wykończona w wielu stylach, tworząca spektakularną całość. Urzekły mnie uliczki, skutery, kościoły, fontanny, monumentalne budowle miejskie i parki. Nie ma co opowiadać, trzeba oglądać.

Ale najbardziej ze wszystkiego urzekła mnie babcia, wciągająca w koszyku na lince zakupy do mieszkania, które przywiózł jej chłopak na rowerze. Przysięgam, powinna to opatentować.

Kolejnym pięknym miastem jakie widzieliśmy była Taormina. Miasto topograficznie kojarzące mi się z Orlim Gniazdem z Gry o Tron. Po zostawieniu samochodu w ogromnym piętrowym garażu szukaliśmy ochłody przed upałem i szybko znaleźliśmy ją w malowniczych wąskich uliczkach. Taormina była najbardziej przyjaznym pieszym miastem za co należy jej się duży plus, ale była też przez to chyba najdroższa, bo najłatwiej złapać klienta pieszego.

Ukoronowanie tego miasta stanowi teatr. Do końca niewiadome jest czy teatr ten jest bardziej grecki czy rzymski i w obliczu widoku jaki rozpościera się z niego na Etnę i Morze Jońskie jest to doprawdy nieważne.

Katania była deserem. I to całkiem niezłym. Czytałam opinie o niej tak skrajne, że postanowiłam nie wierzyć w kompletnie nic i nie mieć żadnych oczekiwań. Sprowadziło się to do wniosku, że Katania jest naprawdę pięknym miastem, również ma swoją katedrę, piesze promenady, bardzo monumentalne, które bardziej podobałyby mi się w stolicy, ale tutaj też były miłym zaskoczeniem. W Katanii były też targi, zarówno spożywcze jak i pięknej ręcznie robionej biżuterii, dzięki czemu udało się zdobyć kilka oryginalnych pamiątek. Katania zachwyciła mnie później jeszcze dwa razy – będąc na plaży, za którą przebiega pas startowy i można obserwować z niej lądujące samoloty oraz drugi raz, już w samolocie podczas powrotu do domu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *