Centrum Kultury Fundacji Stavrosa Niarchosa

Ateny – miasto, które nienawidzi pieszych. Kolejny raz przekonałam się o tym wysiadając na przystanku Delta Falirou próbując dostać się do Centrum Fundacji Stavrosa Niarchosa. Budynek owszem był widoczny z przystanka, niestety po przejściu na drugą stronę drogi okazało się, że kompletnie nie ma tu drogi dla pieszych, która mogłaby do budynku prowadzić. Po szybkim zerknięciu na mapę – 25 min drogi pieszej na około, by dostać się do miejsca, które jest naprzeciwko! Nie wiele myśląc (i ryzykując życie!) trzeba było pobiec na następny nadjeżdżający tramwaj i podjechać na kolejny przystanek – Tzitzifies. Tym razem bez przejścia dla pieszych, ale za to po drugiej stronie znalazł się chodnik mniej lub bardziej prowadzący do Stavrosa. Podążając za innymi ludźmi, a na rondzie trochę udając samochód, kolejna niespodzianka, znaleźliśmy się w garażu. Chyba to normalne, ponieważ z drzwi wychodzi wycieczka szkolna. Prosto z garażu trafiamy na dziedziniec przed wejściem do budynku, po prawej niekończąca się droga wzdłuż garażu i Stavrosa, po lewej to samo. No nic, przynajmniej widać wejście główne.

               Po tej porównywalnej z walką o życie drodze wnętrze budynku robi piorunujące wrażenie. Kompletnie jakbym znalazła się w innym świecie. Jest to tak czysto, jasno, płytki błyszczą, a drewno pachnie, wszystko jest przeszklone i otwarte. Po wyjściu z foyer, jestem oszołomiona. Otacza mnie nowoczesna architektura w czystej postaci, szklane ściany kurtynowe, piękno prostych brył, przeszklone windy, ogromne betonowe schody. Pierwszą myślą było to żeby koniecznie sprawdzić gdzie prowadzą, ale moją uwagę przykuło co innego.

Po wejściu do budynku obok schodów znalazłam się w raju. Biblioteka, najpiękniejsza jaką widziałam, książki uporządkowane na półkach od podłogi aż do sufitu, co najmniej 5 kondygnacji literatury. Gra światła, kolorowych okładek, drewnianych podestów, żółtych elementów dekoracyjnych oraz dopełnienie w postaci odbicia w podłodze potęguje wrażenie nierealności tego miejsca. Z biblioteki wchodzi się do przestrzeni pracy, coworkingu, również kilku-kondygnacyjnej. Ludzie przy komputerach w takiej jasnej przestrzeni sprawiają, że przypominają mi się popołudnia spędzane na poddaszu ul.Rajskiej. Czy to Ateny przyszłości, czy już takie są a ja do tej pory tego nie zauważałam?

Drugie skrzydło budynku zajmują sala koncertowa oraz konferencyjna. Budynek w całości oddany jest ludziom, dlatego też dziwi mnie tak utrudniony do niego dostęp od drogi głównej. Swoją formą przypomina trójkątną skarpę, obniżoną od strony osiedli i podniesioną w kierunku morza. Wiąże się to z pomysłem otwarcia widoku na morze, ponieważ okolica Pireusu była z nim od zawsze związana. Ukłonem w jego stronę jest również zbiornik wodny, który znajduje się naprzeciw agory – czyli dziedzińca. Całość budynku wykończona betonem robi dość monumentalne wrażenie z zewnątrz, jednak dzięki szerokim przeszkleniom w odpowiednich miejscach i lekkiemu przekryciu nie robi wrażenia bunkra. Ciekawy jest również sposób posadowienia budynku. Z uwagi na to, że Ateny są miastem narażonym na wstrząsy sejsmiczne konstrukcja została odizolowana od gruntu napierającego i posadowiona na specjalnych rolkach, dzięki którym budynek w razie trzęsienia pozostanie niezależny.

               Nadeszła pora na rekonesans co znajduje się na szczycie schodów o których wspomniałam. Pierwszym widokiem jest budynek znany ze zdjęć, ogromne słupy na których rozpostarty został cienki jak liść dach, a wszystko to otoczone zielenią, zielenią i zielenią. Na dachu Stavrosa znajduje się ogromny ogród, na którym rosną rośliny charakterystyczne dla terenów Attyki. W Atenach, w których na palcach można zliczyć powierzchnie zielone taki widok to jest na wagę złota. Ogród z centralnie wytyczonymi osiami chodników, kilkoma zagajnikami, labiryntem, a nawet boiskami stanowi miejsce, w którym można by spędzić cały dzień. Zwiedzając park mijamy pary szepczące w zagajnikach, a wraz z nimi szum suchych traw, dzieci bawiące się w ganianego, a nad nimi motyle robiące dokładnie to samo, starszych którzy dostojnie przysiedli i odpoczywają w alejkach, jak zakwitłe kwiaty tego ogrodu.

Dopełnienie wszystkiego stanowi taras pod dachem, widok z niego roztacza się na całe wybrzeże, port jachtowy oraz cypel. Bryza morska głaszcze tu twarz, a widok zapiera dech. Zdecydowanie jest to jedno z piękniejszych miejsc w mieście. Dziękujemy panie Piano.

Miasteczko Olimpijskie

Gorące powietrze w zielonej linii metra. Dobra wiadomość, jeśli jedziesz od centrum to najgorszy tłok jest już za Tobą.

„επόμενο σταθμό: Irini” [epomino statmos: Irini]

Przystanek jest w kolorze morskiej zieleni i brudnego różu, przy ogrodzeniu rosną palemki, a tuż za nimi widzisz już to po co przyjechałeś – monumentalną konstrukcję wejścia oraz Velodrom.

Architektura, sztuka, linie, tworzące bryły w przestrzeni, zjawisko, które powoduje ukłucie w sercu, lekkie zatrzymanie oddechu, niemal niezauważalne. Czy to sen?  

Po wyjściu z metra wita konstrukcja przypominającą daszek od czapki, a nad nią ogromne żebra i mniejsze przęsła, jak wielki szkielet, który mógłby mieć mięśnie, napiąć je i odejść jak gdyby nigdy nic. Przechodzimy przez jego wnętrze, niby ażurowe a jednak tworzące ogromny, monumentalny korytarz.

Santiago Calatrava. Architekt, który perfekcyjnie potrafi wyeksponować swoje dzieła. Imponujące, biomorficzne konstrukcje odbijające się w tafli płytkiej wody sprawiają jeszcze bardziej nierealne wrażenie. Które budynki są prawdziwe? Te w powietrzu czy te odbite? Może dopiero odbicie mówi prawdę o realnym świecie i bez odbicia nie ma bytu?

Ważki nad wodą odwracają uwagę, patrzysz lewo, widzisz ogromne skrzydło. Kolejny owad? Velodrom. Największe wrażenie robi kiedy patrzysz na niego frontalnie, postaraj się i odnajdź idealny środek symetrii tego budynku. Oswój go. Symetria napełnia spokojem. Porządek w chaosie tego miasta to coś nowego. Trzeba iść, to nie koniec wycieczki.

Kolejne konstrukcje nawarstwiają się jedna nad drugą, góra miesza się z dołem, żebro z dźwigarem, dach ze ścianą, wnętrze z zewnętrzem.

Baseny na zewnątrz są najprężniej działającym elementem obiektu. Dwa baseny ćwiczeniowe po lewej i główny po prawej, to tu Otylia Jędrzejczak w 2004 roku zdobyła złoto. Wiwatujące tłumy, krzyki, głos komentatora w głośnikach, zgiełk i podniecenie, też to słyszysz?

Chwila zagubienia, odnalezienie ścieżki, trakty w górze i na dole, budynek jak kościół bez witraży – świątynia Sportu.

Na końcu wycieczki kolejna imponująca konstrukcja. Stadion Olimpijski z 1982 roku, przebudowany w latach 2002-2004 również przez Calatravę. Ciężko jest objąć dach jednym spojrzeniem. Przy odpowiedniej odległości masz szansę zobaczyć wszystko – miejsce na Znicz Olimpijski oraz podwieszoną konstrukcję przekrycia, z daleka jednak nie czuć tego co z bliska, czyli ogromu elementów wsporczych.

Krążą miejskie legendy na temat tego, że Miasteczko stoi opuszczone, zdewastowane i nie można na nie wejść. To nieprawda. Na chwilę obecną, użytkowane są niemal wszystkie obiekty, baseny, bieżnie, a zwłaszcza Stadion, na którym normalnie rozgrywają się mecze.

Niewiele przewodników wspomina o tym miejscu. Niesłusznie. Nie można też zobaczyć go z żadnego punktu widokowego, ponieważ całość od strony miasta zasłania góra z Teatrem Attikou Alsous. Tym gorzej dla reklamy naprawdę imponującego kompleksu kryjącego historię wielkiego wydarzenia. Olimpiada w 2004 roku, była powrotem tego wydarzenia po ponad 100 latach od pierwszej nowożytnej Olimpiady (1986), znamienite jest w tym przypadku hasło przewodnie „Welcome Home”. Projekt kompleksu został opracowany przez światowej sławy architekta, który stworzył naprawdę magiczną przestrzeń. Dlatego dziwię się władzom Aten, które nie promują tak niesamowitego miejsca. Tymczasem jest ono o wiele bardziej warte odwiedzenia, niż niektóre muzea, stanowi piękne tło do fotografii oraz skłania do refleksji na temat architektury, sztuki, konstrukcji, tego jak przeciwdziałają w spektakularny sposób zasadom grawitacji.