Prolog

Zimny, słoneczny poranek. Od kilku dni żegnałam się z moimi bliskimi, dziś odprowadzam moją przyjaciółkę na przystanek. Odczuwam coś w rodzaju déjà vu, kilka razy widziałyśmy się w takiej scenerii przed wyjazdami na wakacje. Tym razem nie zobaczymy się trochę dłużej.

Do zobaczenia za pół roku – rzucam.

Nawet nie przypominaj… Napisz jak dolecisz. – odpowiada, żegnamy się, wsiada do autobusu.

Wracam do domu, ostatni raz sprawdzam czy wszystko mam. Brat odwozi mnie na lotnisko i dopiero żegnając go czuję jak smutek zaciska mi gardło.

Pierwszy raz na lotnisko przyjeżdżam od tej strony. Tyle razy oglądałam starty i lądowania samolotów, czas na mnie. Po odprawie bagaży okazuje się, że lot jest opóźniony, nie pomaga to w rozładowaniu napięcia.

W końcu, lecimy. W słuchawkach Taco Hemingway dotrzymuje mi towarzystwa „w Twoją stronę lecę samolotem teraz” – jak zawsze na miejscu. Cały lot przebiega przyjemnie, patrzę z góry na chmury, ziemię i przelatujące dołem samoloty. Imponujące.

Dopiero kiedy podchodzimy do lądowania mój organizm wariuje, węzły chłonne chcą eksplodować, uszy się zatykają, łzy leją się same z oczu, a w momencie kiedy zaczynam się bać, że nie dotrwam do końca, za oknem ukazuje się linia brzegowa na morzu. Ten widok zajmuje mnie na tyle żeby wytrzymać dolegliwości.

Wysiadam z samolotu. Deszcz. Odbieram bagaże i stawiam pierwsze kroki w Atenach, zalanych wodą. Po podróży jestem jak uderzona obuchem, nie słyszę nic, nie wiem gdzie iść.

„A tyle czytałam…”- myślę. Wsiadam do pierwszego lepszego autobusu przy wyjściu z lotniska, po kilku przystankach okazuje się, że to nie ten, wysiadam na ogromnym rondzie… w deszczu… Winda nie działa, schodzę najdłuższymi schodami świata, w deszczu, z trzema walizkami i gitarą. Jakimś cudem udaje się znaleźć tory i ocenić kierunek, w którym trzeba jechać. Jeszcze jedna przesiadka i moja stacja.

Drogą płyną rzeki, z nieba również nie przestaje lać. Przemoczona docieram pod blok, wychodzi do mnie właścicielka mieszkania – Nicki. Patrzy trochę z przerażeniem, trochę z troską i pyta:

,,Jak minął lot?”

Zatrzaskując drzwi najmniejszej windy jaką w życiu widziałam, wspomina też coś o huraganie.

„Lubię przygody” – odpowiadam i biorę oddech.

Na miejscu. W mieszkaniu, które będzie moim domem przez następne pół roku, w którym powstanie ten blog, kilka innych pomysłów, projektów oraz nowe marzenia do realizacji.