Meteora

Grecja – wyspa, wyspiarze, wyspiarskie, Kreta, Zakhyntos, Santorini. A tymczasem jeśli ktoś znudzi się morzem i pięknymi plażami, na dalekiej północy Grecji za lasami i górami (dosłownie) w krainie zwanej Zagorochoria wysoko nad miastem Kalambaka wznoszą się monumentalne Meteory. W XI wieku, kilku mnichów postanowiło znaleźć sposób, aby być jak najbliżej Boga. Tak powstawały przez około cztery wieki klasztory na górach zwane „zawieszonymi w powietrzu”.

Z daleka wszystko wydaje się ogromne. Z bliska nie jest inaczej. Wyjście na górę wcale nie jest takie łatwe. Kręte ścieżki oraz setki schodów wykutych w skale i wypolerowanych przez miliardy butów turystów i pielgrzymów. Krok, krok, schód, zadyszka, zwątpienie razy dziesięć, wejście do wieży, w ciemność, oczekiwanie, korytarz robi się coraz ciaśniejszy i kiedy już nie może być gorzej – jest – góra zdobyta.

Lubię greckie klasztory. Te starsze są proste, kilka figurek, świece, ręcznie malowane pamiątki, półmrok. Kiedy oczy nie widzą wszystkiego, zaczyna widzieć dusza. Tutaj jest prościej się modlić, a kiedy zapomni się słów, można zapalić świecę, później wyjść na zewnątrz popatrzeć dookoła i zachwycić się otaczającym światem. Wystarczy. Nie ważne do kogo się modlisz, czy skąd pochodzisz. To miejsce, w którym namacalnie czuć, że faktycznie jesteś bliżej Boga, że spełni się wszystko to o co prosisz, chociaż właściwie czego chcieć więcej w takim miejscu? „Oprócz błękitnego nieba, nic mi dzisiaj nie potrzeba”.

Inspirująca. Taka dla mnie jest Grecja. Nie bez powodu to ojczyzna mitologii, opowieści o bogach i bohaterach z nadnaturalnymi umiejętnościami, darami i przygodami. Legenda głosi, że św. Atanazy, założyciel Wielkiego Meteora (Megalo Meteoro), najstarszego monastyru, wzniósł się na szczyt na skrzydłach orła. Przygody Jamesa Bonda, płyta Linkin Parku, Orle Gniazdo z „Gry o Tron” to tylko kilka wpływów jakie wywarło to niesamowite miejsce. Wszystko dookoła jest bajkowe. Mam ochotę usiąść i być – po prostu, bez kontaktu, bez niczego, jak medytujący mnich. Pozwolić sobie być bliżej nieba.

Rozmyślania przerywa mi oddech. Oddech rozchodzący się po kanionach. Słyszę go, jak snuje historie o budowie klasztorów, o wynoszeniu kamień po kamieniu budulca na samą górę. Słyszę jak opowiada o wojnach z Turcją, o drugiej wojnie światowej, kiedy Meteory były skarbcem Grecji. Teraz widzę. Potężne skały to olbrzymy drzemiące pod warstwami ziemi i roślin. Uśpieni tytani, czekają na ponowne przyjście swojej ery. Na swoich barkach trzymają budowle, jak baśniowe zamki, pełne wież, kolumienek, arkad i łuków. Strzegą ich, uśpieni rycerze, dlatego nadal tu są, dla nas, dostępne do oglądania.

Nie wszystkie miejsca są w klasztorach otwarte dla turystów – i dobrze co pozostaje nieznane stanowi słodką tajemnicę. Kobiety, nawet te w długich spodniach proszone są o przepasanie się chustą, natomiast toalety stanowią niespotykany relikt przeszłości. Współcześnie tylko sześć klasztorów jest zamieszkanych i toczy się w nich normalne życie monastyczne.
To niezwykłe połączenie cudu natury i arcydzieła architektury zostało uhonorowane miejscem na Liście Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Jest jedną z najchętniej odwiedzanych atrakcji Grecji, która przyciąga rocznie 2 mln turystów.

Santorini

Bardzo polecam podróże promem. Poczynając od możliwości zobaczenia widoku wschodu słońca na morzu, a kończąc na morskiej bryzie nieskończenie błękitnego morza, muskającej twarz kiedy wyjdzie się na rufę. Przy odrobinie romantyzmu i odpowiednim towarzystwie można zaimprowizować słynną scenę z Titanica z Kate Winslet i Leo. Jedyne czego na promach – sieciówkach nie polecam to jedzenie (moje najgorsze i najdroższe frytki w życiu). Po uroczych 7 godzinach podróży (połowa książki – oszczędzana) czas na kolejne niesamowite widoki. Ogromne zbocza, wulkaniczne brzegi, małe kolorowe miasteczka – wyspa Santorini.

Po dotarciu na brzeg zaczyna się kocioł – dosłowny. Oferty samochodów do wynajęcia, taksówek, hoteli. W jednym momencie idziesz razem z tłumem ludzi pod wielką górę, a w drugim zostajesz kompletnie sam. Nie pozostaje nic innego jak pokornie wrócić na dół i po uświadomieniu sobie, że wszystkie środki transportu publicznego uciekły z nadzieją podejść do wypożyczalni samochodowej i liczyć na litość Pana – arabo-greka który bycie handlarzem wyssał z mlekiem matki. Przy odrobinie szczęścia, dobrej woli, ogromnej dozie strachu, jest i on – Smart, który będzie naszym być albo nie być całej wycieczki.

Sama wyprawa pod górę wydaje się być wyzwaniem dla pana samochodzika, jednak po chwilowej odmowie współpracy automatycznej skrzyni biegów – dał radę – jedziemy. Hotel Manos jest stosunkowo blisko, jak się później okaże, jak wszystko tu. W recepcji wita nas przemiła starsza Greczynka oraz jej rodzina. Pan z obsługi prowadząc do pokoju pyta „Pierwszy raz? Na pewno nie ostatni.”, a ja już mam dreszcze, te miłe dreszcze – oczekiwania.

Poruszanie się panem samochodzikiem znacznie ułatwia życia, wszystko jest bliżej. Pierwsza na liście jest Fira – stolica wyspy. Po pozostawieniu pojazdu wśród kolegów przy drodze, idziemy w górę, im wyżej tym węższe uliczki. O tym czy idzie się w dobrą stronę świadczy ilość  obywateli bliskiego wschodu, kiedy wartość procentowa dobije do 95% i zaczynają robić zdjęcia jak szaleni – wiadomo, że to tu. Pierwsze wrażenie jest niezapomniane, słońce, morze, budynki na skarpie, to światło i dokładnie ten klimat sprawiają, że zapomina się o całym świecie.

Zachód słońca na Santorini to coś co zdecydowanie warto zobaczyć. Słońce o ciepłym odcieniu pada na białe ściany domów, dodatkowym bonusem jest znalezienie niebieskiego dachu, ten nierealny kolor potęguje wrażenie snu, które towarzyszy temu miejscu. My widzieliśmy dwa. I oba całkowicie się od siebie różniły. Bardziej podobał mi się ten w Firze, w najwyższym punkcie na jaki udało się wyjść. Ale to dlatego, że bardziej podobają mi się miejsca, w których jest mniej ludzi. Mówi się, że zachód na Oii jest najpiękniejszy na świecie. Mi jednak ten w stolicy bardziej zapadł w serce właśnie ze względu na jego kameralność. Było mniej ludzi, w Oii dosłownie wypadali z każdego możliwego miejsca widokowego. W Firze widziałam też go wcześniej, co sprawiło że był jeszcze bardziej wyjątkowy. Pierwszy raz zderzyłam się z wrażeniem, które towarzyszyło mi przez resztę wycieczki. Wrażeniem, że znajduję się na końcu świata, dosłownym. To jak na razie najdalsze miejsce gdzie byłam. Nic nie pojawia się na horyzoncie z żadnej strony, idealne miejsce żeby odciąć się od wszystkiego. Wyspa jest na tyle niewielka, że w najwęższym miejscu widać było z jednej i z drugiej strony wodę, niesamowite.

Santorini słynie także z plaż o niespotykanych kolorach – czerwonym, czarnym i białym, powstałych dzięki wybuchom wulkanu i osadzeniu się pyłu o konkretnej zawartości chemicznej. Kolory są nierealne. Uwielbiam każdy zakątek tej wyspy. Każdemu kto się waha, zdecydowanie polecam się tam wybrać. Idealne są wrzesień, październik, kwiecień, maj kiedy jeszcze jest ciepło, ale nie ma aż tylu turystów, ponieważ i bez nich uliczki są wąskie i podążanie ciągle za tłumem na dłuższą metę jest męczące.

Santorini to miejsce, które jest tak piękne że można po prostu siedzieć i je chłonąć. Każdy spacer dostarcza nowych widoków, wszystko jest piękne że aż trudno uwierzyć że prawdziwe. Śmiało mogę powiedzieć, że to jedno z najromantyczniejszych miejsc na ziemi. Czułam się tam jak we własnej wersji „Casablanki” Curtiza. Trudno uwierzyć jak bardzo różni się od Grecji kontynentalnej, w której przyszło mi dłużej pomieszkać. Santorini kojarzy mi się ze spokojem, pięknem, widokami jest bardziej naturalne w moim odczuciu. Na jakimś stopniu jest rajem. Prawdziwym rajem na ziemi.

Monastiraki

Podróże metrem sprawiają wrażenie, że teleportuje się w centrum wydarzeń. Są jak pauza w czasie, po której wychodzę na powierzchnię, łapie oddech i dopiero zaczynają docierać do mnie bodźce zewnętrzne. Uderzenie gorąca, muzyka, gwar, jak nieprzerwana uliczna impreza. Monastiraki. Już od wyjścia z metra witają kolory: niebieskie stragany, zielone winogrona, żółte banany, pomarańcze, czerwone jabłka, brązowe kasztany, wszystko piękne i błyszczące jak zakazane owoce. Tłum ludzi porywa mnie prosi do tańca, od lewa do prawa, wypadam z niego gdzieś w pierwszą uliczkę.

Ogromne wrażenie robi na mnie biblioteka Hadriana z II w n.e. oraz meczet Tzistarakis (1759 r.), dziś pełniący funkcję muzeum ceramiki. Nie ma czasu na odpoczynek, trzeba iść, sprzedawcy zapraszają do swoich stoisk, nienachalnie, od niechcenia – już po sezonie, swoje w tym roku odrobili i sami już są zmęczeni turystami. Ściany sklepów wypełnione są po brzegi, adidasy patrzą na mnie z góry, koszulki zespołów wołają do swoich fanów, torebki ze skóry pamiętają kiedy jeszcze biegały po polu, słodycze kuszą, mydełka się kurzą, magnesy próbują przyciągnąć uwagę. Z jednej uliczki do drugiej, z drugiej do trzeciej, zawróć, uśmiechnij się, uprzejmie odmów, kiwnij głową, szybciej, tłum napiera, tłum ustępuje, znikąd samochód, skuter, wariactwo. Im dalej brniesz tym więcej ludzi, tłok, patrzysz w górę, wystawne budynki, czarne elewacje, elegancje, ściana szklana, wystawa, twarz szemrana, ktoś czy koc, czarny kot.

Nieopodal na Karaiskaki 17 (dzielnica Psyrri) znajduje się Little Kook, czyli najbardziej klimatyczna knajpka Aten, której dekoracje przeniosą nas do błogich czasów dzieciństwa. Na ulicy znajduje się kilka budynków należących do Kook’a, oraz podobnych, co nadaje całej ulicy bajkowy charakter. Dalej przy placu Iroon znajduje się kolejna „przystań” barów oraz restauracji tętniących życiem i zapraszających przechodniów.

Spacerem bezpośrednio z dzielnicy Monastiraki możemy dostać się ulicą Ermou (mekka dla wielbicieli butików) do Placu Syntagmy – czyli konstytucji, miejsca gdzie mieści się monumentalny budynek parlamentu. Waga budynku została podkreślona przez centralną oś do niego prowadzącą oraz plac po drugiej stronie drogi który stanowi akcent w przestrzeni. Sam budynek widoczny jest już z daleka, dzięki usytuowaniu go na wzniesieniu oraz odpowiedniej iluminacji. Cała okolica stanowi świetne miejsce na popołudniowy oraz wieczorny spacer, każdego dnia i o różnych porach odkrywa się go zupełnie na nowo.

Akropol

Czekasz w kolejce choć właściwie już dziesiątki razy przechodząc każdą uliczką widziałeś cel podróży. Co innego tam może być? Po przejściu przez bramki po lewej widać kamienie, które podobno kiedyś były rzeźbą tego i tamtego boga. Patrzysz w górę – już czujesz zmęczenie (ile tu schodów!), głęboki oddech i zaczynasz iść ścieżką z betonowych płyt. Pierwszą atrakcją jest Odeon Dionizosa z IV w p.n.e., mało imponujący? Wyobraź sobie tylko że to fragment, pierwszy sektor rzędów, a wielki teatr wyrzeżbiony był w zboczu Akropolu. Swoje sztuki wystawiali tu m.in. Ajschylos, Sofokles, Eurypides, sam teatr był wzorem dla późniejszych budowli tegi typu. Lepiej prawda? Starożytni przychodzili do teatru, by przeżyć Katharsis – oczyszczenie przez sztukę. Ciekawe co pomyśleliby o nas teraz.

Zachęcony tym, że już coś z listy do zobaczenia zostało „odhaczone”? Idziemy dalej. Witamy z żółwiem i kotem – wcielenia greckich bogów? Dochodzimy do Odeonu Heroda Attyka z 161 r. n.e. Zbudowany by uczcić jego ukochaną, to dopiero miłość. Częściowo zrekonstruowany, również osadzony w zboczu, wykute w marmurze potężne ławy do siedzenia oraz scena odgrodzona konstrukcją z łukami przypominającymi akwedukty, wszystko to robi piorunujące wrażenie. Świadomość tego że nadal odbywają się tu koncerty, że występował tu kiedyś sam Luciano Pavarotti, daje namiastkę wiedzy o kunszcie akustyki jaki Starożytni potrafili osiągnąć. Kiedyś korygowana była jeszcze przez drewniane zadaszenie, które niestety nie zachowało się, a również musiało robić imponujące wrażenie. Naprzeciw sceny jest klasyczne miejsce na zdjęcie z widokiem na Teatr i Wzgórze Muz.

Gajem oliwnym, w towarzystwie charakterystycznego zapachu wychodzimy wyżej. Po paru stopniach i zakrętach nagle słychać gwar. Tłok, mieszanina barw, języków, dźwięków migawki – każdy chce mieć zdjęcie przy Propylejach, czyli monumentalnej bramie wejściowej wzniesionej w latach 437-432 p.n.e. (arch. Mnesikles) na Wzgórze. Jasne, marmurowe, masywne kolumny wejścia wprowadzają nas w inny świat, nad nami niebo, a pod stopami tysiące lat historii i centyliard śladów stóp. Wkraczamy na Iera Odos, czyli świętą drogę. Chwilę później – już go widać – Partenon – świątynia Ateny Dziewicy, już wiesz kto tu był najważniejszy. Zbudowana w ciągu 15 lat (447-432 p.n.e.), pod okiem pięciu architektów, szczytowe osiągnięcie architektury greckiej. 17 kolumn na dłuższym boku, 8 na krótszym, marmurowe, spojone metalowymi klinami, ukształtowane i ulokowane tak by przeciwdziałać zniekształceniom perspektywy. Iluzja idealnego pionu i poziomu. Kiedy myślimy o antyku, w głowie pojawia się obraz czystej marmurowej budowli, ciężko uwierzyć że oryginalnie te były bogato polichromowne. Zniszczony, uzupełniony, nieskończenie odbudowywany – piękny. W starożytnej architekturze jest coś, że każdy musi ją docenić, ta kupka kamieni stoi tu już przecież tyle lat, tyle ludzi zainspirowała, tylu wydarzeń była świadkiem.

Z prawej strony mrugają do nas okiem kariatydy z Erechtejonu (420-406 p.n.e.) i próbują zachęcić do wstąpienia do nich na moment, tyle mają na głowie, a nadal wyglądają zachwycająco – prawdziwe kobiety. Uważaj pod nogi i nie zapomnij o wygodnych butach – kamienie są śliskie i nierówne. Zastanawiasz się dlaczego? Przecież to święte miejsce, gdzie równiutki plac, na którym można przysiąść i podziwiać świątynie? Przysiąść owszem można, ale na kamieniach które kiedyś stanowiły ściany i stropy domów, w czasach kiedy o Partenonie się nikomu nie śniło, na górze mieściły się mieszkania Ateńczyków – najwyższe miasto – to znaczy nazwa Akropolis.

Na wschodzie wzgórza powiewa na wieży dumnie flaga Grecji – dawniejszy symbol oporu przed nazistami. Z wieży wszystko dookoła nabiera sensu. Ateny to miasto na które trzeba patrzeć z góry. Na wschodzie światynia Zeusa, dumnie wyrasta z idealnie skoszonego trawnika, za nią marmurowy  Stadion Panatejski. Na południu Wzgórze Muz i Muzeum Akropolu, na wschodzie Agora Ateńska. Nie ważne ile już widziałeś w Atenach i ile zobaczysz, najważniejsze jest tu i teraz, widzisz wszystko, elementy układanki tego miasta na moment stają się całością.

Wyjście jest powolne, właściwie zobaczyłeś już w końcu ten Akropol, ale trochę żal go opuszczać, przedłużasz czas przesiadując na murku. Teraz już nie ma się gdzie spieszyć, grecki spokój Cię napełnił i będzie towarzyszył przez resztę pobytu. Rzut okiem na małą świątynie Nike, ostatnie zdjęcia pod Partenonem i wpadasz spowrotem w potok ludzi, spływasz z nimi na dół, jednak nie są to już obcy, rozumiecie się, macie wspólne doświadczenia, nawet jeśli przyszliście tu dziś po coś innego, otrzymaliście dokładnie to samo.

Prolog

Zimny, słoneczny poranek. Od kilku dni żegnałam się z moimi bliskimi, dziś odprowadzam moją przyjaciółkę na przystanek. Odczuwam coś w rodzaju déjà vu, kilka razy widziałyśmy się w takiej scenerii przed wyjazdami na wakacje. Tym razem nie zobaczymy się trochę dłużej.

Do zobaczenia za pół roku – rzucam.

Nawet nie przypominaj… Napisz jak dolecisz. – odpowiada, żegnamy się, wsiada do autobusu.

Wracam do domu, ostatni raz sprawdzam czy wszystko mam. Brat odwozi mnie na lotnisko i dopiero żegnając go czuję jak smutek zaciska mi gardło.

Pierwszy raz na lotnisko przyjeżdżam od tej strony. Tyle razy oglądałam starty i lądowania samolotów, czas na mnie. Po odprawie bagaży okazuje się, że lot jest opóźniony, nie pomaga to w rozładowaniu napięcia.

W końcu, lecimy. W słuchawkach Taco Hemingway dotrzymuje mi towarzystwa „w Twoją stronę lecę samolotem teraz” – jak zawsze na miejscu. Cały lot przebiega przyjemnie, patrzę z góry na chmury, ziemię i przelatujące dołem samoloty. Imponujące.

Dopiero kiedy podchodzimy do lądowania mój organizm wariuje, węzły chłonne chcą eksplodować, uszy się zatykają, łzy leją się same z oczu, a w momencie kiedy zaczynam się bać, że nie dotrwam do końca, za oknem ukazuje się linia brzegowa na morzu. Ten widok zajmuje mnie na tyle żeby wytrzymać dolegliwości.

Wysiadam z samolotu. Deszcz. Odbieram bagaże i stawiam pierwsze kroki w Atenach, zalanych wodą. Po podróży jestem jak uderzona obuchem, nie słyszę nic, nie wiem gdzie iść.

„A tyle czytałam…”- myślę. Wsiadam do pierwszego lepszego autobusu przy wyjściu z lotniska, po kilku przystankach okazuje się, że to nie ten, wysiadam na ogromnym rondzie… w deszczu… Winda nie działa, schodzę najdłuższymi schodami świata, w deszczu, z trzema walizkami i gitarą. Jakimś cudem udaje się znaleźć tory i ocenić kierunek, w którym trzeba jechać. Jeszcze jedna przesiadka i moja stacja.

Drogą płyną rzeki, z nieba również nie przestaje lać. Przemoczona docieram pod blok, wychodzi do mnie właścicielka mieszkania – Nicki. Patrzy trochę z przerażeniem, trochę z troską i pyta:

,,Jak minął lot?”

Zatrzaskując drzwi najmniejszej windy jaką w życiu widziałam, wspomina też coś o huraganie.

„Lubię przygody” – odpowiadam i biorę oddech.

Na miejscu. W mieszkaniu, które będzie moim domem przez następne pół roku, w którym powstanie ten blog, kilka innych pomysłów, projektów oraz nowe marzenia do realizacji.